Fajny sufit – tak odpowiedziałem na pytanie Oliwii i Tomka, gdy zapytali mnie, jak mi się pracowało w trakcie ich wesela. Zabawa była przednia (do tego stopnia, że oberwałem z własnego aparatu w nos), a sesja ślubna udała się nam lepiej niż to sobie planowałem. Co prawda, spodziewałem się, że burza nas szybko przegoni z brzegu Wisły i pochmurne niebo będzie nam towarzyszyło do końca dnia. Na szczęście chmury nas tylko postraszyły i dały genialne tło, a pod koniec sesji na chwilę mieliśmy złotą godzinę, którą skrupulatnie wykorzystaliśmy.

W trakcie pleneru pomagała nam moja Asia. Pewnie gdyby nie ona, to miałbym spory problem z zapanowaniem nad oktą i lampą na brzegu Wisły. Co ciekawe, Asia kilka tygodni temu sama kupiła aparat i przeszła u mnie szybki kurs z ekspozycji, ogniskowych itp. I tak, te zdjęcia poniżej są jej. Dumny jestem jak cholera, bo nie zliczyłbym, ilu fotoziutów prześcignęła jedną sesją.